Eldgjá - kanion

Kanion Eldgjá (w wolnym tłumaczeniu „kanion ognia”) ma około 5 km długości, jego szerokość dochodzi do 600 m, a głębokość to około 200 m. Jego wyjątkowość i unikalność w skali świata bierze się z faktu, że to fragment ogromnego, ciągnącego się przez 40 km krateru.

Wulkany posiadające tego typu ujścia nazywa się liniowymi lub też szczelinowymi. Najczęściej występują na dnie oceanu w strefach spreadingu - czyli rejonach styku oddalających się od siebie płyt kontynentalnych. Wulkany tego typu mają to do siebie, że ich erupcjom zazwyczaj nie towarzyszą gwałtowne wybuchy, a lawa wylewa się dość spokojnie.

Co nie znaczy, że takie wulkany to przyjaźni otoczeniu kuzyni bardziej widowiskowych wulkanów stożkowych. Opisywany tu egzemplarz jest tego najlepszym przykładem. Jego erupcja rozpoczęła się wiosną 939 r. i trwała do jesieni 940 r. Lawa, która się wtedy wydostała, miała objętość około 18 km³. To blok o wymiarach 3x3x2 km! Utworzone wtedy pole lawy ma około 800 km² i ciągnie się na południe od szczeliny aż do wybrzeża (w okolice miejscowości Vík). Uznaje się, że jest to największa pokrywa lawowa powstała po okresie epoki lodowcowej.

Ale wyłącznie na długie lata z użytku nawet ogromnych połaci terenu na prawie pozbawionej ludności wyspie to relatywnie niewielki problem. Wybuch miał o wiele bardziej brzemienne skutki, ale o tym napiszę w dalszej części.

Wróćmy do samego wąwozu. Generalnie to interior, więc wymagane jest solidne auto z napędem 4x4. Aby dostać się do wąwozu, należy z drogi nr F208 skręcić w F223 (aż dziwne, że taka dróżka ma swoje oznaczenie). Po około 1,5 km trafimy na parking. F208 lepiej atakować od północy, niż od południa, zdecydowanie łatwiej jest ją wtedy pokonać.

Z parkingu można wybrać szlak albo dnem wąwozu, albo jego górną, południowo-wschodnią krawędzią. Dolny szlak biegnie wzdłuż rzeki Nyrðri Ófæra (w wolnym tłumaczeniu „nieprzekraczalna północna rzeka”) i prowadzi do głównej atrakcji - wodospadu Ófærufoss. Jego odległość od parkingu to około 2 km. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby kontynuować wędrówkę wąwozem. Jeżeli wierzyć mapie, szlak w pewnym momencie łączy się ze szlakiem biegnącym górną krawędzią wąwozu.

Na historycznych zdjęciach wodospadu widać bardzo charakterystyczny, skalny mostek, którego nie ma na współczesnych fotografiach. Zniknął on w 1993 r., prawdopodobnie zmyty przez wezbrane wody rzeki Nyrðri Ófæra.

Czy to już Ragnarök?

Wybuch wulkanu Eldgjá, w mniejszym lub większym stopniu dał się we znaki mieszkańcom prawie całego ówczesnego świata. Wytworzony podczas erupcji pył unoszący się w atmosferze ograniczył ilość ciepła słonecznego, które docierało na Ziemię. Doprowadziło to do poważnych anomalii pogodowych.

Naukowcom udało się ustalić, że na terenach Kanady, Alaski, Skandynawii, centralnej Europy, a nawet centralnej Azji, lato w 940 r. był o 2°C zimniejsze niż zazwyczaj. Wbrew pozorom, to bardzo dużo. Co ciekawe, wielkość ochłodzenia oszacowano badając przyrosty roczne (słoje) drzew, które miały okazję rosnąć w tamtych czasach.

Wyjątkowo zimne lato poprzedzała równie zimna wiosna oraz długa i sroga zima. Do tego, w 940 r. panowała susza. W wielu miejscach plony uległy zniszczeniu i nastąpił pomór żywego inwentarza. Konsekwencją był szerzący się głód. Badacze starych tekstów znaleźli wzmianki świadczące o tym, że dotknął on nawet terenów dzisiejszego Iraku i Chin. Kroniki irlandzkie, włoskie i niemieckie wspominają z kolei o czerwonym i słabym słońcu.

Świadkiem tych zdarzeń, jak i samej erupcji, byli wikingowie, którzy pomału zasiedlali wyspę. To, co się działo, mogło im przypominać Ragnarök - „los bogów”, czasami mylnie tłumaczony jako „zmierzch bogów”. Jest to pojęcie wywodzące się z mitologii skandynawskiej i określa one zdarzenia, które mają zniszczyć świat i doprowadzić do powstania nowego - oczywiście lepszego i szczęśliwszego. Na Ragnarök składa się kilka elementów. Przede wszystkim ma dojść do walki bogów z olbrzymami, która doprowadzi do śmierci i jednych, i drugich. Poemat „Völuspá” („Przepowiednia wieszczki”), z którego znamy szczegóły, wspomina też o zniszczeniu siedziby bogów, zniknięciu gwiazd i wezbraniu wód. Ostateczną walkę ma z kolei poprzedzać m.in. wyjątkowo sroga zima (trwająca 3 lata), niesnaski między ludźmi i upadek moralności.

Naukowcy uważają, że nieprzyjemne skutki erupcji Eldgjá w pewnym stopniu pchnęły Islandczyków w stronę chrześcijaństwa. Skoro Ragnarök, którego byli przecież świadkami, uśmiercił ich pogańskich bogów, to jeden Bóg, który pojawił się wtedy na ich miejsce, był naturalnym wyborem.

Laki - wulkan, który spowodował komunizm*

Laki to wulkan szczelinowy, na który składa się wiele kraterów tworzących pasmo górskie o długości około 25 km. Najwyższy szczyt (zaznaczony na mapie) ma 818 m n.p.m. Wulkan, podobnie jak Eldgjá, należy do systemu wulkanicznego Katli.

Laki jest znany z jednej, ale katastrofalnej w skutkach erupcji, która rozpoczęła się 8 czerwca 1783 r. i trwała do lutego 1784 r.. W jej trakcie, ze 130 kraterów wydostała się lawa o objętości 14 km³. Ta ilość pozwoliłaby pokryć Warszawę warstwą o grubości 28 m - to tyle, ile ma 10-piętrowy blok. Lawa była rzadka, a przez to szybka. Spłynęła na południe, w kierunku oceanu, pokonując 80 km. Ucieczka przed nią była prawie niemożliwa. Obszar, który pokryła, obejmuje 565 km². Malownicze pole mchów niedaleko miejscowości Kirkjubæjarklaustur powstało na lawie wyrzuconej podczas tej erupcji.

Wypływ lawy był ogromny, ale i tak okazał się mniej szkodliwy, niż wydobywające się podczas erupcji pyły i gazy. Ich chmura nad Islandią powodowała duszenie się ludzi, padanie bydła i więdnięcie roślin. Szacuje się, że padło 80% owiec oraz połowa populacji krów i koni. Średnia temperatura tego roku spadła o 5°C. Śmierć bezpośrednia, oraz ta wynikająca z głodu, dotknęła jedną czwartą mieszkańców Islandii. Była to największa klęska żywiołowa w historii tego kraju.

Ale śmierć i zniszczenia na wyspie to był dopiero początek. Chmura pyłu i gazów zamiast zostać przewiana, jak to zwykle bywało, nad Arktykę, przemieściła się z wiatrem nad Europę i Amerykę. Kolejne kraje znalazły się pod jej wpływem. O tym, co się wtedy działo, wiemy z licznych zapisków naocznych świadków zdarzenia. Słońce zrobiło się krwistoczerwone i można na nie było patrzeć gołym okiem. Ze względu na słabą widoczność zamarł ruch morski. Panowała atmosfera ogólnego przerażenia, która pogłębiła się, gdy masowo zaczęli umierać ludzie. Śmiertelność była największa wśród tych, którzy pracowali na zewnątrz i nawdychali się zatrutego powietrza. Trucizną w tym przypadku był uwolniony w czasie erupcji dwutlenek siarki, który po dostaniu się do płuc reagował z wodą i przekształcał się w kwas siarkowy. Ten z kolei niszczył tkanki, w rezultacie doprowadzając do śmierci przez uduszenie. W Anglii tego lata zmarło dwa razy więcej ludzi niż zwykle, a we Francji zginęło 5% populacji.

Wkrótce potem nadszedł drugi etap zagłady. Był mniej spektakularny, bardziej rozciągnięty w czasie i pociągnął jeszcze więcej ofiar. Wszytko odbyło się według schematu, który ludzkość przerabiała już kilkukrotnie.

Jak to zwykle bywa w przypadku tak dużych erupcji, pojawiły się anomalie pogodowe, które tym razem trwały kilkanaście lat. Lata były gorące i suche, a zimy srogie. To powodowało niższe plony, a więc i głód. A z niego brały się choroby. I tak np. skutki suszy w Egipcie doprowadziły do śmierci 1/6 populacji tego kraju. Ludzie umierali masowo nawet w odległej, mogłoby się wydawać, Japonii. Szacuje się, że erupcja i jej skutki uśmierciły łącznie około 6 mln ludzi na całym świecie.

Co ciekawe, skutki wybuchu Laki - nieurodzaj i głód szerzący się wśród najbiedniejszych, były najważniejszymi przyczynami wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Jedyny pozytyw? Niekoniecznie. Ideami rewolucji 1789 roku żyli rewolucjoniści rosyjscy. Trudno powiedzieć, czy rewolucja październikowa by wybuchła, gdyby nie wydarzenia we Francji. Ale snucie takich rozważań pobudza wyobraźnię, a efekt motyla sam przychodzi na myśl. *A clickbajt niezły, nie? ;-)

POKAŻ MAPĘ
Przewodnik
Podróż