Islandia oczami Juliusza Verne’a

Gdy przy okazji zbierania materiałów o wulkanie Snæfellsjökull przypomniałem sobie o istnieniu „Podróży do wnętrza Ziemi”, naszła mnie ochota, by przeczytać tę książkę. Raz, że jakoś udało mi się ją przeoczyć w dzieciństwie, dwa, byłem bardzo ciekawy, jak Verne opisał Islandię.

Oczywiście nie spodziewałem się literatury dokumentalnej. Ale Verne znany był z chęci edukowania czytelników, więc zakładałem, że zebrał sporo wiarygodnych informacji. Badacze jego książek sugerują, że wiedzę o Islandii czerpał w dużej mierze z dzieła „Voyage en Islande et au Groënland” Paula Gaimarda, francuskiego lekarza i zoologa. Pozycję tę można nawet znaleźć na Google Books, niestety tylko po francusku. Warto dodać, że pracy Gaimarda towarzyszyły obrazki wykonane przez Augusta Mayera.

Podróż zaczyna się w Hamburgu

Akcja powieści rozpoczyna się w maju 1863 r. Niemiec, profesor mineralogii Otto Lidenbrock, w książce kupionej na kramie Żyda Heveliusa, znajduje zaszyfrowaną notatkę sprzed kilkuset lat. Notatka sprawia, że Lidenbrock wraz z bratankiem Axelem wyruszają na Islandię, wchodzą do wnętrza wulkanu Snæfellsjökull i napotykają tam rzeczy jasno sugerujące, że przy okazji pisania tej powieści Juliusz solidnie „popłynął”.

Pierwszy islandzki akcent to książka, którą nabył Lidenbrock. Napisana została przez słynnego islandzkiego pisarza Snorrego Turlesona, a nosi tytuł „Heims-Kringla”. To oczywiście nawiązanie do Snorriego Sturlusona i jego dzieła „Heimskringla”.

Otto i jego bratanek, co oczywiste, dostali się na wyspę statkiem. W czasie tej podróży, Verne ustami Axela opisuje przylądek Portland, czyli „skałę przebitą na wylot” (patrz Dyrhólaey), górę pokrytą lodowcem Mýrdalsjökull oraz wyspy Westmana, czyli Vestmannaeyjar.

Także w książce, Rejkiawik nie zachwyca

Po dotarciu do Rejkiawiku Axel wybiera się na krótką wycieczkę po okolicy. W jego oczach główne miasto Islandii maluje się jako ponure, smutne i biedne miejsce. Do tego jego wielkość nijak nie przystaje do miana stolicy - bohater opowiada: „niełatwo było zabłądzić na dwóch ulicach Reykjaviku”.

Kupcy i handlarze mieszkają w chatach z czerwonych, poziomo ułożonych belek, natomiast zwykli (czytaj biedniejsi) ludzie w chatach z ziemi i torfu, których dachy „przypominają względnie urodzajne łączki”. Axel wspomina, że to zasługa ciepła wydostającego się z domostw, a dachy kosi się staranie w czasie sianokosów.

Z kolei dom gubernatora, w porównaniu z ratuszem w Hamburgu wygląda jak rudera, Axel zauważa jednak dalej, że na tle chat Islandczyków, to prawdziwy pałac.

Na swej drodze spotyka trawniki przypominające „wełniany dywan, wytarty i zużyty” oraz nędzne ogródki warzywne, w których tubylcy starają się coś uprawiać, najczęściej kartofle, kapustę i sałatę. Przybija go bezdrzewny i pozbawiony wszelkiej roślinności krajobraz.

Islandzcy mężczyźni mają zamyślone spojrzenia, a kobiety „o dość przyjemnym typie urody” twarze smutne i zrezygnowane.

Czy coś zaskoczyło go w Rejkiawiku pozytywnie? Tak, szkoła państwowa, w której naucza się czterech języków: hebrajskiego, angielskiego, francuskiego i duńskiego.

 Rejkiawik z 1836 roku oczami Augusta Mayera (źródło: Public domain via Wikimedia Commons)

W drogę z Hansem Bjelke, podobno Islandczykiem

Bohaterowie opuszczają Rejkiawik w towarzystwie rodowitego Islandczyka, przewodnika Hansa Bjelke. Rzuca się w oczy to wybitnie nieislandzkie nazwisko. Wydaje się, że Verne popełnił tu błąd. Islandzcy nie używają nazwisk w naszym rozumieniu, a więc rodowych, ale coś, co fachowo nazywa się nazwiskami patronimicznymi (odnoszącymi się do imienia ojca), czasem matronimicznymi (odnoszącymi się do imienia matki). To dlatego wszystkie islandzkie nazwiska mają końcówkę -sson lub - dóttir.

Obraz typowej islandzkiej rodziny

Ale wróćmy na szlak do Snæfellsjökull, biegnący brzegiem oceanu. Z książki wyłania się obraz krainy górzystej, skalistej i porośniętej mizerną roślinnością. Ciekawie przedstawia się opis pobytu w tradycyjnej, torfowej chacie, gdzie ugościł ich (po królewsku) pewien chłop.

Chałupa, do wnętrza której prowadził „długi, wąski, mroczny” korytarz, składała się z czterech izb: kuchni, pomieszczenia służącego za warsztat tkacki, sypialni i pokoju gościnnego. Zamiast szyb, w oknach znajdowały się przeźroczyste błony z owczych pęcherzy, a za posłania służyło suche siano rzucone na drewnianą ramę. Całość spowijał niezbyt przyjemny zapach suszonych ryb, marynowanego mięsa i zsiadłego mleka.

W kuchni też nie było luksusów. Piec stanowiło palenisko z kamieni, a dym wydobywał się przez dziurę w suficie, stanowczo za niski dla wysokiego profesora Lidenbrocka.

Gospodarz i jego żona mieli dziewiętnaścioro dzieci - „roiły się w kłębach dymu”, z jasnymi włosami „wyglądały jak gromada niedomytych amorków”.

Na obiad była zupa z porostów, suszona ryba w maśle przechowywanym dwadzieścia lat (najlepsze masło według miejscowych) i skyr (rodzaj jogurtu) przyprawiony sokiem z jagód jałowca.

Jeden z kolejnych noclegów wypadł w położonej nad brzegiem morza wiosce Budir. Prawdopodobnie chodzi o Búðir, w której do dziś ostał się jedynie kościół. Następny przystanek to już Stapi, a więc dzisiejsze Arnarstapi. Axel z zachwytem opisuje bazaltowe wybrzeże z charakterystycznymi kolumnami i innymi niesamowitymi skalnymi formacjami.

Tu następuje szkalowanie przedstawiciela stanu duchownego ;-)

W wiosce Stapi, chyba po raz pierwszy na Islandii, spotykają niezbyt miłych i przyjaznych ludzi. To goszczący ich u siebie w domu luterański proboszcz (człowiek „nieokrzesany”, który był też „kowalem, rybakiem, myśliwym, cieślą, tylko nie sługą bożym”) i jego żona (stara jędza o wzroście ponad 180 cm).

Pokój gościnny okazał się wąską, brudną izdebką - najgorszą na całej plebanii. Ponadto gospodarze niesamowicie zdarli z naszych bohaterów za te kilka dni, kiedy drużyna szykowała się do wspinaczki na wulkan.

Ostatnie chwile na Islandii

Na Snæfellsjökull podróżnicy wyruszyli rano, a dotarli na szczyt późnym wieczorem, już po zmroku. Trasa była trudna i wymagająca, ale za to widoki następnego poranka - zachwycające. Axel „tonął w niemym zachwycie”. Jestem w stanie w to uwierzyć. Za to wszystko, co było potem, to już licentia poetica.

POKAŻ MAPĘ
Przewodnik
Podróż