Co Leif Eriksson robił w Ameryce, a Kolumb na Islandii

Aby postać Leifa Erikssona - odkrywcy Ameryki, nie była wyrwana z kontekstu, należy się najpierw zapoznać z historią powstania nordyckich kolonii na Grenlandii. A to z kolei cofa nas do 885 r., kiedy Herald Pięknowłosy zakończył w Norwegii proces jednoczenia kraju pod swoim panowaniem. Bardzo stare dzieje, ale wiemy o nich relatywnie dużo, dzięki pracy Snorriego Sturlusona, który w swoich sagach królewskich „Heimskringla” (spisanych około 1225 r.) przedstawia nie tylko historię norweskich królów, ale także zamieszcza pewne informacje o osadnictwie po drugiej stronie Atlantyku.

Trwające wiele lat jednoczenie Norwegii przez Heralda polegało w znacznej mierze na podporządkowaniu sobie siłą lokalnych wodzów i władców. Wiele rodów zdecydowało się wtedy na ucieczkę z kraju. W takich wyjazdach brały udział całe rodziny, ze służbą, inwentarzem i dobytkiem. Na schronienie wybierano niewielkie wysepki znane z łupieżczych rajdów, którym oddawali się na co dzień rolnicy i rzemieślnicy, gdy przedzierzgali się w siejących postrach wikingów. Część uciekinierów trafiła na Islandię.

Muszę tu dodać, że rządy Heralda były tylko jednym z kilku czynników, które doprowadziły do kolonizacji wyspy. W każdym razie, w tej fali osadników znalazły się rody, z których pochodzili wspomniany już Snorri Sturluson oraz niejaki Eryk Rudy.

Eryk Rudy tworzy mit Zielonej Wyspy

O ile Snorii Sturluson urodził się dwa stulecia po tych zdarzeniach, to Eryk miał wtedy 10 lat. Bezpośrednią przyczyną ucieczki jego rodziny z kraju było zabójstwo, którego dopuścił się jego ojciec. Po przybyciu na Islandię, zamieszkali na Hornstrandir.

Gdy Eryk dorósł, ożenił się z Tjodhild - kobietą, która na kartach kronik pojawiła się nie raz. Wkrótce jednak gorąca krew ojca dała o sobie znać i nasz bohater srogo narozrabiał. Przelał trochę niewinnej krwi, choć dostało się także tym, którzy na to zasłużyli. Koniec końców, skazany na banicję, musiał uciekać z wyspy.

W 982 r. pożeglował na zachód, przez Cieśninę Duńską, w stronę praktycznie nieznanego jeszcze wtedy lądu. O ile minimalna odległość między Islandią a Grenlandią wynosi około 400 km, to dystans do jej południowego cypla, na który obrał kurs Eryk, liczy z Islandii już grubo ponad 1000 km. Należy dodać, że są to wody bardzo niespokojne i niebezpieczne. Dlatego miłą odmianą był względny spokój panujący w Cieśninie Davisa po zachodniej stronie Grenlandii. Cieśnina ta stanowi granicę między Grenlandią a Ameryką. W najwęższym miejscu ma około 300 km szerokości.

Zachodnia strona Grenlandii zaskoczyła uciekinierów o tyle, że sporo było tu porośniętych trawą równin nadających się do wypasu bydła. Eryk zdecydował osiedlić się w tym miejscu, a ponadto sprowadzić do kolonii większą liczbę ludzi. Między innymi dlatego, trochę podstępnie (dziś powiedzielibyśmy, że to tzw. chwyt marketingowy), nazwał wyspę „Zieloną Krainą”, dla zachęcenia mieszkańców Islandii (czyli dla odmiany „Lodowej Krainy”) do przeprowadzki.

Plan się powiódł. Pod wodzą Eryka Rudego z Islandii wypłynęło 25 dużych statków wypełnionych kompletnymi rodzinami, zwierzętami i dobytkiem. Ze względu na ciężkie warunki na morzu, do celu dotarło 14 z nich. Potomkowie tych ludzi żyli na „zielonej” wyspie przez kolejne 500 lat.

No dobrze, ale co z tym ma wspólnego Leif?

Przebiegły czytelnik już się zapewne domyślił, że Leif Eriksson był synem Eryka Rudego.

Około 1000 roku, Leif pożeglował do Norwegii, do stołecznego miasta Nidaros (dziś Trondheim), w celach handlowych. Nie było to już wtedy niczym niezwykłym, bo Norwegia handlowała i z Islandią, i z Grenlandią. W Nidaros Leif został serdecznie przyjęty przez samego króla Olafa Tryggvasona.

Odegrał on znaczącą rolę w historii krajów północnej Europy jako ten, który wprowadził chrześcijaństwo na tych terenach. Impulsem do tych działań było spotkanie z pewnym pustelnikiem na Wyspach Scilly (południowo-zachodni kraniec Anglii) podczas jednej z łupieżczych wypraw. Po powrocie do Norwegii, sam sprowadził księży oraz uczonych, i rozpoczął krzewienie chrześcijaństwa. Podobno przemierzał kraj wzdłuż i wszerz, trochę do niego przekonując, trochę zmuszając. To w znacznej mierze pod jego wpływem Islandia przyjęła nową religię.

Znając jego zapał do krzewienia nowej wiary, nie należy się dziwić, że Grenlandia oddająca cześć Thorowi i Odynowi, była mu solą w oku.

Dlatego odwiedziny syna głównego „szefa” wyspy były, dla starego już wówczas króla, darem niebios. Przekonanie Leifa nie sprawiło mu większego problemu i gdy ten po kilku, mile spędzonych miesiącach, wracał na Grenlandię, był już chrześcijaninem, a na pokładzie miał księdza.

Wprowadzenie chrześcijaństwa na Grenlandii również nie napotkało większych kłopotów. Jedynie Eryk Rudy stwierdził, że jest za stary na takie zmiany. Sagi odnotowują, że jego żona Tjodhild tak się na niego za to obraziła, że małżonkowie zamieszkali osobno.

Historia może i ciekawa, ale co z tą Ameryką?

To przydługie wprowadzenie pozwoliłem sobie napisać, aby uświadomić Wam, drodzy czytelnicy (o ile tego nie wiecie), że pierwszym Europejczykiem w Ameryce był chrześcijanin, hodowca bydła z wykształcenia, a nie anonimowy, rogaty barbarzyńca z obłędem w oczach. Ponadto, i to jest chyba nawet istotniejsze, o ekspedycjach i odkryciach Leifa doskonale wiedziano w krajach nordyckich. Mało tego, dwoje biskupów, którzy wkrótce pojawili się na Grenlandii, na bieżąco raportowało kolejnym papieżom o tym, co się tutaj działo. Na marginesie, Watykan interesował się wyspą tym bardziej, że biedna kolonia miała spore problemy z odprowadzeniem świętopietrza (rodzaj daniny).

W poszukiwaniu lepszego życia

Niektóre podania mówią, że Leif zobaczył wybrzeże po drugiej stronie Cieśniny Davisa, gdy wracał z Norwegii. Inne, że doniósł mu o istnieniu nieznanej ziemi Bjarne Herjolfsson. Jednak niezależnie od tego, kto pierwszy zobaczył ląd, pierwszym, który postawił na nim stopę, był Leif Eriksson.

Żeglarzom musiały się zaświecić oczy na widok łąk porośniętych bujną trawą i rozległych lasów obfitych w zwierzynę. Był to spory kontrast wobec bezdrzewnej Grenlandii. Nic dziwnego, że Leif i jego towarzysze z miejsca przystąpili do dość dokładnego badania nowego lądu. Poznane przez nich rejony nazwano Helluland, Markland i Vinland. Odkrywcy przezimowali też w Ameryce budując szałasy, a potem solidniejsze schronienia. Na Grenlandię powrócili wiosną z ładunkiem drewna, świeżych jagód (informacja istotna dla podkreślenia bliskości nowego lądu), dokładnym opisem linii brzegowej oraz wizją ziemi obiecanej.

Próby kolonizacji

Nic dziwnego, że z miejsca zaczęto podejmować próby kolonizacji Ameryki. Do Vinlandii (prawdopodobnie dzisiejsza Nowa Fundlandia) wyruszyły rodziny wraz z bydłem. Założono osadę - chrześcijańskie, jakby nie patrzeć, osiedle, prawie 500 lat przed Kolumbem.

Początkowo wszystko układało się całkiem nieźle. Tubylcy, których przybysze nazywali Skrealingami, byli przyjaźni i szybko zaczęto z nimi prowadzić handel. Przynoszone przez Indian futra wymieniano na produkty mleczne i tkaniny. Z czasem jednak, relacje z miejscowymi zaczęły się pogarszać, a ostatecznie przerodziły się w wojnę. Nie było wielu ofiar, ale Grenlandczycy zrozumieli, że jeżeli tu zostaną, ich życiu będzie towarzyszył ciągły lęk. Z żalem, ale opuścili Vinlandię.

Potem jeszcze kilkukrotnie podejmowano próby kolonizacji. Kończyły się one jednak niepowodzeniami, a czasem wręcz tragicznie. Ciekawostką, mówiącą nieco o ówczesnym społeczeństwie, jest przekaz, że jedną z takich wypraw zorganizowała kobieta - Freydis - siostra Leifa z nieprawego łoża.

Przykładem innej niezwykle odważnej kobiety, którą odnotowały kroniki, była… również Freydis, ale raczej nie chodzi tu o siostrę Leifa. Pewnego dnia, na wodach zatoki, przy której osiedlili się Grenlandczycy, zaroiło się od łodzi wrogo nastawionych Indian. Nordyccy wojownicy mieli wprawdzie stalowe miecze i siekiery, a Indianie „tylko” łuki, ale na widok takiej ilości przeciwników czmychnęli do lasu. Na spotkanie tubylcom wyszła samotnie nasza bohaterka. Przyłożyła ostrze miecza do nagiej piersi i na ten widok wszyscy Indianie uciekli. Jak widać, islandzko-norweskie sagi dość dokładnie opisują, co działo się wtedy w Nowym Świecie.

W wyniku prób kolonizacji, na amerykańskiej ziemi poległo kilku chrześcijan. Być może na ich nagrobkach pojawił się krzyż - po raz pierwszy po tej stronie Atlantyku. Urodziło się przynajmniej jedno dziecko, a dwóm schwytanym tubylcom - dzieciom - udzielono chrztu. Po nauczeniu ich języka, próbowano od nich zdobywać wiedzę o nowym lądzie.

Pierwsze starcie, Stary kontra Nowy Świat, wygrała Ameryka

Europejczycy trafili na przeciwnika o wiele liczniejszego, a różnice w uzbrojeniu nie były w gruncie rzeczy drastyczne. Ponadto, plemiona północne były zdeterminowane, by bronić swej ziemi. Jakże inaczej to wyglądało podczas wypraw Hiszpanów na Karaiby tuż po tym, gdy odkrył je Kolumb. Wtedy po stronie tubylców stała już tylko liczebność.

Ale wróćmy jeszcze na chwilę do Vinlandii, która mimo że opuszczona przez przybyszy z nowego świata, nie została zapomniana. W krajach nordyckich i na północnych wyspach Anglii świadomość jej istnienia była powszechna. Głównie dlatego, że handlowano produktami pochodzącymi od Skrealingów - drewnem, futrami i kością słoniową Północy - fiszbinami (tj. „zębami” wielorybów). Indianie nie pozwalali się osiedlać na ich ziemi, ale nie mieli nic przeciwko handlowi.

Ale czy to wszystko prawda?

Znalezienie pozostałości kolonii na Grenlandii nie stanowiło większego problemu, podobno można na nie trafić nawet dziś. Przestała ona istnieć pod koniec XV w. w niewyjaśnionych okolicznościach. Żeglarze, którzy przybyli pewnego dnia na Grenlandię, nie zastali tam żywej duszy. Jedynie puste domy bez śladów walki. Badacze wysuwają dwie tezy. Pozytywna mówi, że wszyscy mieszkańcy wyruszyli szukać lepszego miejsca do życia. Negatywna, że porwali ich łowcy niewolników - plaga ówczesnych czasów.

O wiele trudniejsze było znalezieniem śladów europejskiego osadnictwa w Ameryce. Podjęło się tego duńskie małżeństwo Helge i Anne Ingstad w latach 60. XX w. Na podstawie szczegółowych opisów linii brzegowej zawartych w sagach wytypowali z grubsza okolicę, a następnie - z powietrza - miejsce do dokładniejszych badań wykopaliskowych. Miejscem tym był trawiasty obszar zwany L’Anse aux Meadows na wyspie Nowa Fundlandia. I faktycznie, coś tam było!

Znaleziono fundamenty budynków oraz wiele przedmiotów jednoznacznie wykazujących skandynawskie pochodzenie. Z pomocą metody węgla radioaktywnego 14C zbadano też znalezione resztki węgla drzewnego. Okazało się, że pochodzą one z okolic 1000 r., a więc wszystko się zgadzało. Dziś w tym miejscu znajduje się coś na kształt skansenu. Z chęcią bym się tam wybrał. Google Maps informuje, że z Ottawy to „zaledwie” 2525 km i 32 godz. drogi. W tym około 170 km promem.

Czy w takim razie Krzysztof Kolumb nie wiedział, że Amerykę już odkryto?

Wic polega na tym, że celem Kolumba nie było oczywiście odkrycie Ameryki, ale drogi morskiej do Indii, z którymi utożsamiano całą wschodnią Azję, łącznie z Katajem (Chinami) i Cipangiem (Japonią). Odkrywca dopiero podczas trzeciej lub czwartej wyprawy, z trudem zaakceptował fakt, że trafił na zupełnie inny, nieznany Europie kontynent. Ale wiele lat przed tym, zanim poszukiwania drogi do Indii niemal doprowadziły go do szaleństwa, Kolumb był po prostu niezwykle ciekawym świata człowiekiem.

W wyniku pewnego splotu okoliczności znalazł się w angielskim mieście Bristol. Tam trafiła mu się możliwość podróży na Islandię, którą w swych pamiętnikach nazywał Thule. Słowem tym określano Islandię w czasach, gdy niewiele jeszcze o niej wiedziano, z kolei termin Ultima Thule to określenie używane od czasów starożytnych, nazywające nieznane tereny na północ od „znanego” świata.

Kolumb, jako człowiek ciekawy i wrażliwy na piękno przyrody, skorzystał z okazji i odwiedził wyspę. Badacze sugerują, że w wyniku kontaktów z ludźmi z Północy, mógł uświadomić sobie istnienie Vinlandii, i to właśnie spowodowało, że zrodził mu się w głowie pomysł, aby dotrzeć do Indii płynąc na zachód.

Przypadkowo, bardzo ogólny układ linii brzegowych wschodniej Azji i Ameryki Północnej jest zbliżony. Kolumb mógł dedukować, że skoro Vinlandia, a więc w jego mniemaniu północna Azja, jest stosunkowo blisko Grenlandii, a więc miejsca, gdzie Europejczycy bez problemu (no powiedzmy) pływają, to i do tej bardziej południowej „Azji” też nie może być daleko.

Genueńczyk przez kolejne lata zbierał szczątki informacji o lądzie po drugiej stronie Atlantyku. W 1492 r., gdy wyruszył w swój pierwszy rejs do nowego świata, wiedział nawet, jak długo będzie płynął. Świadczy o tym chociażby to, że zapasy jedzenia skończyły się, gdy dotarł do pierwszych wysp Bahamów.

I na tym skończę, choć ta historia ma wiele luk, które można by wypełnić. Jeżeli temat Was zaciekawił, polecam książkę, na której oparłem ten tekst - „Spotkanie u brzegów Ameryki” Thora Heyerdahla. Znajdziecie w niej dużo więcej informacji o odkrywaniu Ameryki, o wyprawach Kolumba i okrucieństwie hiszpańskich odkrywców. Dowiecie się też między innymi, kim byli biali, brodaci mężczyźni, którzy dali impuls do rozwoju cywilizacji Azteków i Inków na długo przed tym, gdy pojawił się Kolumb. Lektura tyleż pasjonująca, co… dołująca.

POKAŻ MAPĘ
Przewodnik
Podróż